sobota, 13 lutego 2010

Serduszkowo

Od wczoraj znowu nie mamy internetu, chłopaki zainstalowali się z laptopem w mieszkanku po drugiej stronie ulicy, więc przyszłam sprawdzić jak się zachowują :)))

Przy okazji prześlę wszystkim, którzy tu zajrzą, moc serdeczności z okazji Walentynek i specjalną kartkę zrobioną z myślą o Was. Taki misz- masz: guzik, szkiełko, dżety, papierek 3D i mini kwiatuszki na fioletowym, ale mam nadzieję , że każdy znajdzie na niej swoje serce :)




 Z papierków wydrukowanych przez Madziulę skleiłam jeszcze jedną.


Zrobiłam też podsumowanie moich serc uszytych w ostatnich miesiącach, wiele miało swoje klony i większość znalazło nowych właścicieli.


A do kompletu z notesem Maciej zażyczył jeszcze serduszko, bo Julka M. dostała już wcześniej, więc Julka O. może poczuć się urażona :)))




Do poklikania :( mam nadzieję, że tym razem nie będzie to miesiąc przerwy.

piątek, 12 lutego 2010

Notesiki- scrapuszka

Jeśli istnieje w scrapbookingu styl minimalistyczny to jest to zdecydowanie mój styl :) co widać na moim pierwszym scrapuszku, które wymyśliły  dziewczyny na forum. Notesik prototyp, a raczej okładki na żółte karteczki o wymiarach 51 x 38 mm okleiłam tłoczonym papierem, tym krokodylowym i zamocowałam dwa nity serduszka. To mój własny prezent walentynkowy, ale na prototypie się nie skończyło, zrobiłam mu bliźniaka, który zamieszkał u Madziuli, a potem......;)

Mimo niewielkich rozmiarów, wewnątrz udało mi się umieścić kieszonkę na wyrwane karteczki z zapiskami.


 Te pofalowania na brzegu wewnętrznej okleiny wcale nie są widoczne gołym okiem, obiektyw aparatu jednak je wychwycił,  powstały na wypukłościach tłoczonego papieru, które w trakcie klejenia trochę się spłaszczyły :(
A tak notesik układa się w dłoni.


 Mój Maciuś, od dziś już  szesnastolatek, ma drugą bliską koleżankę, która również kilka dni temu obchodziła urodziny i również nosi imię Julia- dla odróżnienia od Julki M. tej od szaro-różowego pudełeczka, nazywana Julką O. Synuś poprosił mnie o zrobienie podobnego notesu, ale w zupełnie innym stylu, dla wyżej wymienionej Julki O. Skoro to ma być prezent dorobiłam też pudełeczko z szybką. 


 Ten styl jest preferowany nie tylko przez druhów z Maćka drużyny, ale przez druhny też, żeby jednak zaznaczyć  odrębność płci dodałam koronkę, w odpowiednim kolorze rzecz jasna :) i kilka listków, żeby kojarzyło się z miejscem przez nich najbardziej lubianym czyli lasem.

 


Jak widać na zdjęciu, scrapuszko Julki jest nieco większe, ma wymiary 51 x76 mm. Wyrwane karteczki można uzupełnić wklejąc potem kolejny bloczek.
Na tym się moja radosna twórczość nie skończyła, spodobało mi to tak bardzo, że zapomniałam nawet co obiecałam wyhaftować Basi, ale we wczorajszy wieczór nadrobiłam zaległości, a pozostałe scrapuszka czekają na sesję zdjęciową.



czwartek, 11 lutego 2010

Znowu mi przybyło

Zaczynam się zastanawiać gdzie upchnąć moje niezbędne, ukochane, wymarzone zabawki. Bywam  zła na siebie, że ciągle kupuję nowe, a mimo to marzę o kolejnych. Czasami te marzenia się spełniają w dość niespodziewanych momentach i takie niespodzianki są najcudowniejsze.


Tydzień temu odwiedziłam Madziulę, Magda zaproponowała mi możliwość podrukowania papierków  na jej drukarce, z czego  skwapliwie skorzystałam, a ja miałam przyjrzeć się jej maszynie do szycia, czego nie zrobiłam, bo zabrakło czasu. Na odchodne zostałam obdarowana prawdziwymi skarbami. Magda przywiozła je już jakiś czas temu  ze swoich wyjazdów zagranicznych, nawet odsypała mi  część tych cudowności. Wtedy to naprawdę były rarytaski, bo sklepów scrapowych prawie nie było. Wspominałam o tym parę postów wcześniej, sporadycznie wykorzystywałam te drobiazgi do kartek, bo sam fakt ich posiadania sprawiał mi ogromną radość. To chyba uczucie znane większości z Was :)))
Magda nagle stwierdziła, że z różnych względów nie będzie używać swoich zdobyczy i po prostu dała je mi. Przeżyłam prawdziwy dylemat- z jednej strony pragnęłam ich całym sercem, ale byłam zakłopotana, bo nie zasłużyłam na taki prezent.


Magda, od tygodnia, kilka razy dziennie oglądam je i oglądam..... dziękuję Ci bardzoooooo  !!!


Na zdjęciach 4 bloki z pięknymi kartonami, jest tam papier czerpany, tłoczony, brokatowy, haftowany.... sami zobaczcie.


 

Oprócz papierów zostałam posiadaczką pozostałej części ćwieków, kryształków, naklejek itp.


Magda powiedziała, żebym już dłużej nie patrzyła na nie, tylko ich używała i będzie mnie sprawdzać, więc użyłam..... troszeczkę, choć nie odbyło się to całkiem bezboleśnie ;)
Użycie udokumentuję zdjęciami trochę później, teraz biegnę obejrzeć Madziulową maszynę.

Zapomniałam.... jak napisałam na początku, moje zbiory różnych rzeczy są ogromne, sama czasami nie wiem co mam, nie są to rzeczy wypasione, ale jakże często przydatne.
Kiedy likwidowała się podstawówka w szkole Rafała ( jego klasa była chyba ostatnią, teraz jest tam gimnazjum) pomagaliśmy w sprzątaniu, wiele pomocy naukowych wyrzucano, wychowawczyni syna zapytała czy chcę stempelki z alfabetem. Jasne, że chciałam, stempelki przeleżały wiele lat, przenoszone z miejsca na miejsce, aż o nich sobie przypomniałam. Jak przypomniałam to nie mogłam ich nigdzie znaleźć, myślałam nawet, ze wyrzuciliśmy kiedy rozpoczął sie remont, mnóstwo rzeczy wtedy wywaliliśmy, ale się znalazły. Sprawdziłam czy sobie z nimi radzę, testowałam farbą akrylową na dżinsie, bo tuszu jeszcze nie mam i oto efekt.


 

Jaka ja przezorna jestem, sama siebie podziwiam..... w tych przerwach kiedy się nie wkurzam, że mam tyle bajzlu i nie mam gdzie go trzymać :)))



czwartek, 4 lutego 2010

Małe co nieco


Zostałam poproszona o zrobienie frywolitkowego wianuszka komunijnego, odesłałam amatorkę frywolitki do profesjonalistek, ale ona powiedziała, że jest wielbicielką mego talentu :)))) Cóż było robić, tak połechtana zgodziłam się. Nie była to mądra decyzja.

Kwiatuszki wysupłam, co prawda przeraża mnie taka ilość białych !!! ale dam radę, jednak co potem ??? Na czym to zamocować ? Podpytałam męża jakie druty ma na stanie warsztatu a on, jak to on, tylko się uśmiechnął i powiedział, że nie bierze udziału w moich zabawach '
gałgankami' tak nazywa wszystkie moje robótki :((((
Może rozmontować jakiś stary wianuszek, ale ja nie posiadam..... podpowiedzcie proszę, bardzo proszę .

Wczoraj z mamą komunistki ustaliłyśmy strategię, wybrała wzór z przygotowanych przeze mnie prototypów i mam stracha.
A to moja wersja kwiatków, który wybrała Dorota ?



Supłałam je z głowy, różnie rozkładając pikotki i z różną ilością płatków, nie upieram się jednak, że takich nikt wcześniej już nie wykonał. Zamocujemy je przemiennie jeden podwójny, jeden pojedynczy, może dodamy szklane listki pomiędzy- to już będzie plagiat Maranty, ale ona tak cudnie wplata koraliki, że trudno nie próbować jej naśladować :)
Pewnie Dorota tu zajrzy i będzie podczytywać, co ja wypisuję o wianuszku jej córki, który istnieje jeszcze tylko w jej i mojej ( bardzo zamglonej) wyobraźni.

Przygotowałam też malutki dowód wdzięczności pewnej osobie, nie wiem czy się spodoba, bo 'chodzimy w różnych wagach' ;)




A ta piękna krokodylowa skóra służąca za tło to papier tłoczony na jaki natknęłam się w Empiku, nie mogłam go tam zostawić, była tylko jedna rolka.


I wiadomość z ostatniej chwili, właśnie wrócił mój student ze swego pierwszego egzaminu, nie musi go zdawać, przepisano mu ocenę z ćwiczeń, w ten sposób ma z głowy egzamin z fizyki i matematyki, w tej sesji zdaje tylko jeden, z teorii obwodów za tydzień.
Ten rok zdecydowanie będzie należał do Maćka, testy gimnazjalne i nabór, a mały to nie przewidywalny Rafał, w każdej chwili może nas zaskoczyć. Próbne poszły mu nadzwyczaj dobrze, przeszedł też do dalszych etapów w konkursach z angielskiego i informatyki, tylko te oceny .... załamka.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Zapiekanka teściowej

Propozycja przede wszystkim dla tych, co nigdy nie robili gołąbków czy bigosu, ale zdrowie, światopogląd i kubki smakowe pozwalają jeść mięso z kapustą.

Moi dwaj panowie ( pierworodny prawie w ogóle nie jada mięsa, bo mu nie smakuje) bardzo lubią gołąbki, są w stanie pochłonąć każdą ich ilość, ale bez opakowania czyli kapusty. Prawdopodobnie z takim samym problemem spotkała się moja teściowa i dlatego wymyśliła tę zapiekankę, a może zrobił to ktoś inny. Teściowa zmarła zanim została moją teściową, a jej zapiekankę nauczyła mnie przyrządzać ciocia męża, a ja swoją siostrę i bratową.

Potrawa ta jest świetna na różne okazje, nawet dla gości, choć nie pod rękę jej z szampanem czy kawiorem ;) Może być uzupełnieniem zimowego grilla, ogniska, doskonała na działkę, na po sankach, nartach, kuligu… a jaka pyszna z młodej kapusty. Łatwo ją odgrzać, w rondlu, piekarniku czy mikrofali, jest dużo smaczniejsza następnego dnia. Wybornie smakuje zarówno z kartofelkami z wody jak i pieczywem.

Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to wersja light bigosu i gołąbków, bo przygotowana bez tłuszczu, zawiesistego sosu czy smażenia. Zapiekam ją w dość dużej brytfannie i ilość produktów podana poniżej jest na wielką porcję.

Główne składniki to:

-kapusta biała – nieduża główka lub połowa dużej,
-mięso mielone ok.1,2 kg,
-ryż ok. 125 g czyli tyle co w jednej torebce.

Pozostałe powinny być w każdej kuchni.

Sposób przyrządzania:

Ryż ugotować tak jak komu wygodniej w torebce lub tradycyjnie z odrobiną soli i ostudzić.

Kapustę poszatkować nożem lub szatkownicą, zagotować wodę w sporym garnku i wrzucić kapustę, gotować aż do miękkości- ok. godziny. Jeśli ktoś nigdy nie szatkował kapusty to dobra okazja, bo w gotowej potrawie wcale nie widać czy robiła to wprawna ręka czy początkująca.

Mięso mielone wieprzowe lub wieprzowo- wołowe, takie jakie lubicie, przyprawić wg. gustu solą , pieprzem, gałką muszkatołową, majerankiem ( ewentualnie przyprawą do mięsa mielonego), dodać 1-2 jajka, drobno posiekaną cebulę, ryż i dokładnie wyrobić. Podzielić na dwie części.

Miękką kapustę osączyć, nie wyciskać, odrobina wody jest wskazana, zapiekanka nie będzie sucha, a w sosie własnym. Na dno brytfanny ułożyć warstwę 1-2 cm kapusty, posypać przyprawami np. do bigosu i potraw z kapusty, pokruszonymi grzybkami suszonymi, posmarować przecierem pomidorowym, czy kto co tam jeszcze lubi.

Następnie ułożyć warstwę mięsa i znowu kapusta, przyprawy, mięso, kapusta, przyprawy. Wierzch posypuję startą marchewką, ale nie ma takiej konieczności, przykrywamy pokrywką lub folią aluminiową i do piekarnika. Moja spędza tam 1,5 – 2 godziny, zależy to od wielkości naczynia do zapiekania . Ilość warstw podobnie, w małym naczyniu może to być tylko kapusta- mięso- kapusta, w dużym więcej niż dwie warstwy mięsa.


Jeśli ktoś lubi bardziej zdecydowane smaki, a wątroba nie ma nic przeciwko temu, to może kapustę białą wymieszać z kiszoną, ale mieszamy dopiero układając je w brytfannie, wcześniej każdą podgotowujemy w oddzielnych garnkach. Kiedyś bardzo lubiłam taką wersję. Można też przełożyć kolejne warstwy plastrami wędzonego boczku.

Gdyby odgotowanej kapusty była za dużo do zapiekanki, studzimy ją, odsączamy i zamrażamy w niewielkich porcjach. Wykorzystuję ją potem do barszczu ukraińskiego, którego klasyczna postać wymaga sporo składników w małych ilościach, albo do innej zupy jarzynowej, albo do kolejnej zapiekanki.


środa, 27 stycznia 2010

Tak mi szaro ............i różowo


Opętały mnie te kolory i wypuścić ze swych szponów nie chcą, gdzie się nie ruszę to mnie napadają. Serduszka w tych kolorach same tak jakoś powstają, do 'pewexu' za szmatami idę, a tam kratki szaro-różowe, papierów scrapkowych trochę kupiłam i też w podobnych tonacjach były, a może właśnie dlatego je kupiłam;) Cóż było robić, musiałam jakoś zagospodarować nabyte materiały.

Mój młodszy, Maciejek, zamówił pudło na urodziny pewnej druhny z jego drużyny. Tak się złożyło, że sporo jego znajomych z klasy, ale i spoza szkoły, urodziło się prawie w tym samy czasie co Maćko. Prawdopodobnie wszyscy razem spotkali się jako noworodki, tym bardziej, że my byliśmy w szpitalu kilka dni dłużej ze względu na nieustępującą żółtaczkę. Zawarte wtedy znajomości, co prawda bez świadomości, dziś są bardzo bliskie. Pewna Julka, której 16 urodziny przypadają dwa dni przed Maciejkowymi ( a Maćka dwa dni przed Walentym) zostanie obdarowana szaro- różowym pudłem z wyhaftowanymi inicjałami.

Kilka osób zaniepokoiło się moim stanem ducha po ostatnich wpisach tutaj, ale zapewniam , że ze mną wszystko ok. tych szarości jest naprawdę niewiele, dominuje róż, co widać na zdjęciach :)))




Pod pokrywką wkleiłam specjalną kieszonkę na sekrety.




I jeszcze jedno zdjęcie pudła z innymi drobiazgami - papierki, serduszko, lawendowa zawieszka do szafy i słoik ze scrapowymi kwiatkami, przyozdobiony tak, żeby było wiadomo co w nim jest. Choć nie lubię tego typu łapaczy kurzu, ale jeden przecież można mieć ;) Musiałam też szybko wypróbować nowe zabawki.


Bardzo dziękuję wszystkim za troskę, powinnam chyba zatytułować - różowooooo miiiii :)

niedziela, 24 stycznia 2010

Bardzo dziękuję, przepraszam i proszę....

....o nieprzyznawanie mi wyróżnień. Bardzo dziękuję za przyznane mi dotychczas, jednak...

Przepraszam wszystkie, bardzo miłe mi osoby, od których je otrzymałam, że nie dziękuję i nie publikuję ich u siebie. Przepraszam, ale ja nie będę brała udziału w tej zabawie i żadnej innej działającej na zasadzie łańcuszka.
Przepraszam....




środa, 20 stycznia 2010

O sklepach, sprzedawcach i klientach

Dziś trochę powspominam i pomędrkuję ;) po przeczytaniu wpisu Agnieszki przypomniało mi się kilka różnych sytuacji związanych z zakupami.

W dzisiejszych czasach obok wszechobecnych galerii handlowych, błyszczących, pachnących i grających, nadal funkcjonują małe sklepiki osiedlowe, prawie jak wiejskie za komuny. Doskonale wiem co mówię, różnica jest jedynie w zaopatrzeniu. Mam taki po drugiej stronie ulicy, jest jak podręczna spiżarnia w razie kryzysu. Nie lubię go, ale korzystam kiedy muszę. Mogę tam kupić i bez pieniędzy ( bez karty też ), pani wpisze mnie do zeszytu, ponieważ tylko raz zabrakło mi kilku groszy, a syn doniósł je chwilę później- kredyt mam zawsze otwarty :). Poza tym właścicielka trzyma na półce moją ulubioną kawę i czekolady z orzechami dla mego męża- rzadko ma innych klientów na te towary, choć wcale nie ekskluzywne. Ciasno tam, co prawda czysto, ale jakoś tak niechlujnie, za to bardzo blisko, a świeże pieczywo i mleko jest zawsze.


Kilkadziesiąt metrów dalej jest kolejny sklep, trochę większy, czynny chyba do północy, ale jeszcze bardziej go nie lubię. Sprzedawczynie sprawiają wrażenie bardzo sfatygowanych, te ich fartuszki pogniecione, poszarpane... Największy szok przeżyłam kiedy poczułam dym papierosowy. Jako, że nie palę już od 17 lat jestem dużo bardziej wyczulona i uczulona ;) na ten zapach niż abstynenci od urodzenia :) Zawróciłam od kasy, żeby się przyjrzeć, a tam w przejściu ( zawsze otwartym) między sklepem a zapleczem siedzi na krzesełku panienka z papierosem i pilnuje klientów. Moje uwagi na niestosowne zachowanie zostały potraktowane jako bardzo niestosowne z mojej strony. W tym sklepie bywam w wyjątkowych sytuacjach, ale jeszcze raz zdarzyło mi się widzieć kogoś palącego w tym przejściu.


W sklepie mięsnym, który uznałam za mój spośród kliku na osiedlu, pracują panie jakby z poprzedniej epoki, w sensie że mentalnie :) Panie w średnim wieku, może trochę młodsze ode mnie, zawsze uczesane ( trwała), wykrochmalone, w sklepie czysto, mięso w miarę świeże. Raz zapomniałam zabrać z lady kupioną wędlinę to przy kolejnych zakupach odliczyły mi pieniądze, choć ja byłam przekonana, że kiełbasę zgubiłam :)))) Innym razem, kiedy zorientowałam się, że przyniosłam do domu zamiast żeberek wieprzowych wołowe- wymieniły bez problemu.
Dlaczego więc się czepiam ? bo wczoraj mnie wkurzyły ! Ta poprzednia epoka znowu im wylazła. Chciałam 0,5 kg surowej szynki, pani wyciągnęła odcięty i śliczny kawałek, ale co najmniej dwa razy większy. Poprosiłam, żeby przecięła na pół, niestety się nie da- tak jest z każdym ładniejszym kawałkiem wędliny czy mięsa, trzeba kupować w ilościach hurtowych, bo się boją , że końcówki, nawet duże, im nie zejdą. Za marudzenie zostałam ukarana szynką żylastą.

Jest jedna rzecz w tym sklepie, która mnie bawi, one pewnie myślą, że ja się do nich tak uśmiecham :))) Oprócz innych wpadek na etykietach pisanych ręcznie, jedna niezmiennie śmieszy mnie od lat, to smalec z cebulo, ostatnio pojawił się jeszcze jakiś wyrób z papryko, no i pytanie - ile plajsterków ukroić. Ponoć to regionalizm, ale u mnie w domu tak się nie mówiło.

Kiedy tak wracałam z tą paskudną szynką, w oknie sąsiedniego lokalu, takiej malutkiej pizzerii, zauważyłam zaproszenie na gorącą herbate i kawe, tam pracują młode osoby. Nawet moi chłopcy, umysły ścisłe i ignoranci całkowici, tak by nie napisali, w dodatku na jakiejś obskurnej tekturze falistej.



Co mnie jeszcze denerwuje, to te narzucające się z pomocą sprzedawczynie :((( Teraz rzadko chodzę po sklepach, tylko wtedy kiedy potrzebuję kupić coś konkretnego, ledwie przekroczę próg, a już słyszę- w czym mogę pomóc - ten zwrot działa na mnie odstraszająco, najchętniej od razu przekroczyłabym ten próg w przeciwną stronę. Nienawidzę tego zwrotu, nie potrzebuję żadnej pomocy, ja chcę obejrzeć co wisi na wieszakach, wybrać i przymierzyć. Do żadnej z tych czynności nie potrzebuję pomocy, bo jeszcze jestem dość sprawna fizycznie i psychicznie.... chyba też ;) Sprzedawca ma mi to zapakować i pobrać pieniądze. Jeśli potrzebuję porady to o nią poproszę. Może sobie stać i obserwować mnie do woli, w miarę dyskretnie, rozumiem, że muszą pilnować.

Chyba wszystkie sprzedawczynie pobiła na głowę panienka z Timarii kiedy byłam tam po raz pierwszy. Każda z Was rozumie jak to jest, wchodzisz do sklepu, gdzie jest mnóstwo fajnych i bardzoooooo przydatnych rzeczy, chcesz wszystko dokładnie obejrzeć, bo nie masz tyle pieniędzy, żeby kupić nawet dziesiątą część. Podchodzę co i raz do nowego regału, oglądam, nawet wszystkiego nie dotykając, czasem coś powiem do Rafała. Wiem, że mnie nie słyszy, bo w połowie pierwszego regału wyszedł do holu z gazetą, ale go widzę przez szybę to się odzywam, z kimś muszę się podzielić refleksją. A ta....na co spojrzę to- może pomóc ? Ze 100 razy jej grzecznie odpowiedziałam, że to tylko rekonesans, chcę wiedzieć po co mam przyjechać kolejny raz, ale oczywiście panienka nie rozumie. Tak mnie wkurzyła, że nie kupiłam nawet tego na co miałam ochotę........i kasę.

Byłam tam niedawno z Madziulą, Magda się przygotowała na wojnę z panienką, ale przeżyłyśmy rozczarowanie. Odbywało się akurat przemeblowanie, sprzątanie po remanencie i przecena, panienka już nie miała czasu zajmować się nami. Nie zauważyłaby nawet gdybyśmy tam poszły w niecnych zamiarach :))))))



Pewnego razu, podczas cotygodniowych, dużych zakupów w obiekcie typu Cash&Cary, wybraliśmy z Rafałem kasę, gdzie młodzi ludzie płacili tylko za jeden duży płaski telewizor , szybko oceniliśmy sytuację- pójdzie błyskawicznie. Otóż nie !!!!!! chłopak wyjął cały pakiecik banknotów dziesięciozłotowych, przeliczał je kilka razy, potem przeliczała je maszyna i kasjerka ręcznie, coś tam nie pasowało. Dokładali, przeliczali.... to była nasza najdłuższa kolejka do kasy :))))



Znacie sklep nie dla idiotów , raczej wszyscy go znają, choćby z reklam :) Pewnie dlatego, że nie dla idiotów na informacji przy wadze kuchennej było napisane z wyświetlaczem LSD- zainteresowana byłam nową wagą więc zaintrygował mnie ten wyświetlacz. Kiedy się dokładniej rozejrzeliśmy, takie wyświetlacze posiadało wiele innych sprzętów. Chciałam, zrobić zdjęcie komórką, ale nie mam kabelka, żeby to potem przerzucić do komputera. Od razu przypomniało mi się jak kiedyś ekspedientka w sklepie spożywczym pokazywała starszej pani herbaty owocowe i po informacji, że ta jest z marakują staruszka splunęła i krzyknęła- fuuuj to już i w sklepie sprzedają to świństwo .
Nie wiem kto, co i kiedy brał, ale że brał to pewne :)))




To teraz o mojej przygodzie z panem pilnującym dobytku sklepu przed kradzieżą. Duży sklep, na sąsiedniej ulicy, z materiałami tapicerskimi i meblami znany w całym regionie, a jeszcze bardziej za wschodnia granicą, upał niemiłosierny, ja w półprzeźroczystej szatce ( to było dobrych parę kilo temu) a moi synowie w krótkich majtkach, jeszcze wtedy obaj byli sporo niżsi ode mnie. Poszliśmy wybrać synkom tapczany, były takie co nam się spodobały, tylko kolor okleiny i obić nie pasował, ale sprzedawca powiedział, że jeśli poczekamy to zamówi takie jakie chcemy. Dałam zadatek, dostałam pokwitowanie i wychodzimy z kantorka żeby wybrać kolory.... a tu leci mały, stary i pianę toczy z ust- Czyje dzieci siedzą na kanapie na schodach ??? Rozejrzałam się i stwierdziłam, że moje. Przeprosiliśmy, chłopcy naprawdę grzeczni byli, nie biegali, nie krzyczeli, tylko się zmęczyli upałem, to usiedli, sama padnięta byłam. Facetowi to jednak nie wystarczyło, ja ze sprzedawcą do katalogów, on za mną i wrzeszczy jak to ich okradają, wszystko co się da wynoszą ze sklepu i że dzieci trzeba pilnować. Ta kanapa, co na niej usiedli chłopcy była 2 metry za mną. Zapytałam co i jak mogłabym ukraść, tapczan, regał ?? wszyscy się śmieją, a on biega za nami po całym sklepie. Ten sprzedawca, tylko głowę spuścił i prosi żebym te katalogi obejrzała, ale się nie dało. Facet wpadł w furię.
Stanowczo zażądałam zwrotu zaliczki i podziękowałam za miłe zakupy, zaproponowałam jeszcze żeby kartkę wywiesili - dzieciom wstęp wzbroniony ! Nigdy więcej tego sklepu nie odwiedziłam, choć tylko dwa kroki od nas, mąż, mimo że wtedy go z nami nie było, też go omija, a z właścicielem się znają z lat dziecięcych, ten furiat to ojciec właściciela. Nawet nie był zatrudniony w sklepie, ot taki gorliwy, darmowy strażnik interesów syna ;)



I już ostatnia historyjka. Parę lat temu byliśmy na letnisku u moich rodziców, z bratową pojechałyśmy po większe zakupy. W sklepie spożywczym sprzedawczyni znana mi ze szkoły podstawowej, kilku klientów i jeden mocno wczorajszy, z brudnymi łapami grzebiący w wędzonych makrelach, a my na te makrele miałyśmy ochotę. Powiedziałam, że nie lubię jak mi ktoś maca moją rybę, a facet na to:
- Oooo to jakaś białostocka się odezwała, nie nasza.
Odpowiedziałam:
-Wasza, wasza ...... tylko mieszkam w B-stoku.
Żadnej reakcji, ani sprzedawca, ani nikt z kupujących nic nie powiedział. Bratowa dziwnie się uśmiechnęła, a potem się przyznała, że jej to też się bardzo nie podobało, ale nie zwróciłaby nikomu uwagi, a przecież do pokornych nie należy.



Jednak nie ostatnia, jest jeszcze mój mąż na zakupach :))) Każde z nas robi je osobno, czasami jednak się przydarzy ;) Nigdy nie zapomnę jak kiedyś kupowaliśmy buty któremuś z chłopaków. Kiedy tylko weszliśmy do domu handlowego- wtedy jeszcze nie było galerii, ale w zasadzie to samo, tylko trochę mniejsze, zapytał - to które kupujemy i mocno się zdenerwował, że jeszcze nie podjęliśmy decyzji. Do działu obuwniczego z miejsca, w którym się właśnie znajdowaliśmy trzeba było najpierw kawałek prosto, potem w lewo i schodami na górę, ze schodów w prawo i dalej to już tylko kawałek prosto..... dlatego nie wiem dlaczego w drzwiach wejściowych nie wiedzieliśmy jakie buty wybieramy. O przymierzaniu już nawet nie wspomnę, bo to świeża rana z niedzielnych zakupów, nierozsądnie wspólnych.....



piątek, 15 stycznia 2010

Na dzień Babci i Dziadka


Moi synowie od zawsze mają tylko jedną babcię i jednego dziadka, moich rodziców. Zrobiłam więc tylko jedną kartkę.
Zamysł był inny, ale po wielogodzinnych zmaganiach z drukarką powstało zupełnie coś innego i w innych kolorach niż planowałam.

Kiedy czytam jak dziewczyny scrapkujące opisują materiały jakich używały do swoich prac to się śmieję z zazdrością, bo ja ciągle z tego co mam pod ręką, ale bardzo proszę: ))))

- kartonik zakupiony w Timarii - jakby z drobnymi włoskami,
- papier czerpany z wtopionymi listkami z Timarii,
- odrobina papieru do scrapu zakupionego z papierami świątecznymi,
- perłowy papier listowy ze starych zapasów,
- jasnozielone serduszko kupione dawno temu na allegro ( przy okazji innych zakupów),
- wstążka będąca w moim posiadaniu od dawna,
- własnoręcznie zasuszone hortensje z ogrodu bratowej,
- malutki ćwiek
dostany od Madziuli ze dwa lata temu- użyłam go z bijącym sercem, bo to z tej kolekcji , co się ma żeby mieć ;)
- foliowa ofertówka ( chyba tak to się nazywa).

Narzędzia już bardziej profesjonalne- dłutko kulkowe, narzędzie igłowe ( z zakupów jeszcze do pergamano) nożyce z fantazyjnymi ostrzami, nóż krążkowy, linijka z antypoślizgiem i mata samoregenerująca się - to uniwersalne narzędzia oraz szablon do embossingu- współwłasność z Madziulą, zakupiony nam przez Beatę. Z powodu braku podświetlarki wykorzystałam szybę okienną i słońce:) Nie mam też odpowiednich puncherów listki wycinałam różnymi nożycami.

A oto co skleiłam


i pod innym kątem


Suszone kwiaty są bardzo delikatne, nie można tego wysłać w kopercie dlatego zrobiłam pudełeczko z szybką wg. przepisu Brises znalezionego tutaj .





Odrobinę inaczej skleiłam rogi, ale to nie ma znaczenia, znaczenie ma natomiast grubość kartonu, tu trochę się deformuje, ale ma być komplet z kartką. Zauważyłam też, że w naszych sklepach sprzedawane są teraz kartony o mniejszej gramaturze, moje identyczne kupione wcześniej są grubsze.













piątek, 8 stycznia 2010

Na zamówienie

Bratowa poprosiła mnie o wyhaftowanie obrazka na narodziny Marceliny, córki jej bliskiej znajomej. Rozmowa odbyła się kilka dni przez porodem i musiałam odłożyć inne robótki. Czas przedświąteczny mi nie sprzyjał, ale praca dała wiele przyjemności, bo wzór bardzo mi się podoba, miałam go przygotowany od dawna, tylko czekałam na okazję :)


Haftowałam na lnie, białym Belfaście 32 ct, 2x2 nitki tkaniny 2 niteczkami muliny DMC.

Niestety nie będę miała wpływu na oprawę, możliwe, że już go więcej nie zobaczę, dlatego próbowałam oprawić go sama, wirtualnie ;) Passe- partout zdecydowanie powinno być jasne.
















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...