piątek, 6 kwietnia 2012
piątek, 30 marca 2012
Uszczypnijcie mnie
Zastanawiam się czy ze mną wszystko jak należy? może coś mi się poprzestawiało, może jestem już bardzo zmęczona, a może mam kuku na muniu ???
W tej chwili jestem sama w mieszkaniu w bloku, słyszę głosy na klatce, ktoś dobija się do kolejnych mieszkań, sąsiadka otwiera drzwi, krótka rozmowa, dzwonek do mnie. Otwieram, bo to raczej nie szalony sąsiad z dołu, pewnie ktoś z administracji, a tam.....
omamy, przywidzenia...
kominiarz z kalendarzem na rok 2013 i życzeniami wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.
Uszczypnijcie mnie bo chyba śnię, wydaje mi się, że jest jeszcze przed Wielkanocą, a może do Wigilii powinnam się przygotowywać i zamiast jajka święcić mak kręcić, choinkę stroić ???
Ktoś zwariował, tylko kto???
Otrzeźwił mnie zachrypnięty głos:
- Choć złotóweczkę proszę.
Musiałam mieć obłąkaną minę, bo dodał:
- No co, my tak co roku.
- Przed Wielkanocą ?! - powiedziałam i przypomniałam. Identyczna sytuacja była rok temu, tylko wtedy otworzyłam drzwi w mieszkaniu rodziców Leosia, też było przed Wielkanocą, a kalendarz był na rok 2012. To chyba jakaś nowa świecka tradycja.
sobota, 3 marca 2012
Wielkanoc dopiero za miesiąc
A u mnie jajka prawie poświęcone ;) Po przeczytaniu cyklu "Oko Jelenia" Pilipiuka, w czasie drzemki Leosia, robię sobie jaja, a w zasadzie koronkowe ubranka. W domu je wykańczam, piorę, dopasowuję i ubieram w nie wydmuszki. Kilka pomalowanych zostało z ubiegłego roku, pokolorowałam resztę i oto plony.
Czarne to powtórzenie zeszłorocznych, zielonych nie zdążyłam wtedy ubrać, zostało mi jeszcze kilka golasków czerwonych.
Wszystkie zapakowane w kartoniki.
Na domowym froncie mały sukces, łazienka obłożona płytkami ! umywalka zamówiona, jeszcze tylko kabina i pierwsze pomieszczenie będzie skończone, obym tylko dotrwała do uruchomienia kuchni ;)
niedziela, 29 stycznia 2012
Złamałam się
Pod wpływem prawie wszystkich moich znajomych, które w tym sezonie chwyciły za niebezpieczne narzędzia (jakimi niewątpliwie są druty i szydełka) oraz mięciutkie kłębuszki, złamałam się i zakupiłam włóczkę. Trochę się na nią naczekałam, to był zakup z tych co to ta albo żadna ;) ale chyba była mi przeznaczona, bo udało mi się ją namierzyć w dwu różnych miejscach i w sumie uzbierałam odpowiednią ilość motków. Nawet na cenę promocyjną trafiłam.
![]() |
| zdjęcie ze strony sklepu |
Zaskoczyłam sama siebie kolorem, zdjęcie motka dość wiernie go oddaje, moje mają przekłamany kolor.
Na jednym ze spotkań, o których pisze Kasia, dziewczyny miały wzorniki nitek i nagle zapragnęłam mieć fioletową czapkę i szalik. Wybrałam jednak trochę zgaszony wrzos i dużo grubszą ( i tańszą) włóczkę- Andes Drops 65 % wełna, 35 % alpaca.
Sama jednak nie dziergałam, oddałam wełnę w dużo bardziej odpowiedzialne ręce Basi, a sama spokojnie czekałam. Od tygodnia cieszę się cieplutkim szalikiem i czapką.
Miało być koniecznie z warkoczem, to mój ulubiony wzór dzianinowy, Basia dostosowała go do odpowiednich wymiarów i powstał dwustronny komplet. Doświadczone oko zobaczy różnicę.
Z mitenkami, bo na nie zachorowałam już ubiegłej jesieni, ale wtedy mi do niczego nie pasowały.
czwartek, 15 grudnia 2011
To co nieuniknione czyli idą kolejne święta
Nie lubię świąt, bo sprzątanie, zakupy, wydatki, gotowanie, pieczenie....i wszystko muszę sama. W dodatku prawie zawsze święta spędzamy w domu, bardzo rzadko odwiedzamy moją rodzinę, bo mąż ma w tym czasie imieniny i urodziny, bo jego cioci nie możemy zostawić samej, bo po co komuś robić kłopot, lepiej zaprosić gości do nas, dla mnie to przecież żaden kłopot :(
Nie lubię czasu spędzanego w kuchni, zupełnie bez sensu: gotuj- jedz- zmywaj i tak w kółko.
Lubię jednak całą tę zewnętrzną otoczkę świąteczną, dekoracje, kolędy (słuchać, nie śpiewać, no dobra nucić też, kiedy nikt nie słyszy), zapachy, śnieg.
W tym roku z dekoracjami nie poszaleję, w kuchni też sobie trochę odpuszczę, choinka będzie miniaturowa, śniegu nie zapowiadają, a całe święta takie prowizoryczne, co mnie jakoś nie przeraża. Wreszcie mam poważny argument, żeby się nie przepracować- remont !
No właśnie, remont.
5 listopada uruchomiliśmy nowe c.o. i działa ! tydzień później zamontowaliśmy sedes, nie biegam już przez podwórko ;) wybraliśmy i zamówiliśmy drzwi, był stolarz, wymierzył kuchnię, mąż pracuje nad schodami. Zbieramy siły i pieniądze na łazienkę i kuchnię, w międzyczasie moi panowie montują oświetlenie i kolejne płyty na ściany. Oby do wiosny :)))
Robótkuję powoli ale systematycznie, przede wszystkim obrus i obiecuję w najbliższym czasie pokazać zdjęcia. Te, które zrobiłam są fatalne, jednak mój aparat najlepiej sprawuje się przy dodatkowym, sztucznym oświetleniu, przynajmniej jeśli fotografuje nici perłowe.
Zrobiłam trochę kartek, ślubnych i świątecznych. Nie wysiliłam się za bardzo, wykorzystałam Renulkowy wianuszek frywolitkowy
w dwóch wersjach: z Aidy 20 cały wianuszek, a z Aidy 10 tylko jedno okrążenie, ale dodałam więcej koralików.
Wianuszki z jednego rządka robiłam w różnych wersjach kolorystycznych i z różnej grubości nitek, podobnie jak śnieżynkę podejrzaną u Elizabeth
Śnieżynki supłałam kiedy Leoś spał, ale śpi coraz mniej więc wróciłam do czytania, bo książkę można przerwać w każdym miejscu, a frywolitkę trudniej.
Przez te kilka miesięcy niańczenia maluszka przeczytałam całą półkę Chmielewskiej, sporą część miałam zaliczoną już kiedyś, ale z przyjemnością czytałam po raz drugi. Teraz zabrałam się za polecanego przez Nailę Pilipiuka i przyznaję, że miała rację, czyta się świetnie, choć od dawna fantastyki nie brałam do ręki. Kiedyś, dawno, dawno temu, byłam jej fanką, nawet wspólnie ze znajomymi prenumerowaliśmy Fantastykę , był taki czas, że trzeba było odstać noc w kolejce na poczcie, żeby się załapać na prenumeratę.
Mam już za sobą serię z Jakubem Wędrowyczem, cykl o kuzynkach Kuszewskich (Kuzynki, Księżniczka i Dziedziczki), opowiadania 2586 kroków, a teraz zabrałam się za Oko Jelenia. Dzięki Leosiowi i jego rodzicom, którzy lubią książki wróciłam do starego nałogu ;)
czwartek, 20 października 2011
Chyba zmierza ku lepszemu
To lepsze to ciepło w domu, jeszcze nie mamy ogrzewania, ale niektóre kaloryfery już wiszą, nowy piec też. Nowe rury wodno- kanalizacyjne są na swoim miejscu. Wystarczy wszystko połączyć w całość i mieć nadzieję, że zadziała. W niedzielę może już być ciepło w domu, może.... były takie dni kiedy mieliśmy + 6 st C w nocy. Nie chorujemy jednak, chyba się zahartowaliśmy. Jeszcze kilka następnych dni i będzie toaleta.
Niektórzy pytają dlaczego nie przenieśliśmy do bloku razem z chłopcami, trochę mętnie się tłumaczyłam, ale tu mogę napisać prawdę. Gdybyśmy przenieśli się do tego mieszkanka to remont potrwałby całe wieki, mężowi potrzebna jest odpowiednia motywacja aby przyśpieszył prace, a teraz taką ma :))) Ma dość zimna, utrudnionego dostępu do szafy, braku wody, biegania do lodówki na drugą stronę ulicy.... Ja też mam tego dość, czasami mam ochotę wyjść z domu i pójść przed siebie, na dworzec, pod most ;) ale wytrzymałam już 3 miesiące to dam radę jeszcze jeden, a potem nie powinno już być tak strasznie.
Ciągnie się to okropnie, ale my robimy wszystko, co damy radę, sami, po pracy, bo przecież trzeba zarobić na chleb i ten remont. Fachowców zatrudniamy do tego czego sami nie potrafimy lub nie możemy ze względów bezpieczeństwa czy wymogów producenta, jak choćby instalacja c.o. gaz, woda czy okna. Z oknami to jednak jedna wielka ściema była, bo aby zachować warunki gwarancji to montaż musi wykonać firma polecona przez producenta, a oni fuszerkę zrobili i trzeba było poprawiać, w sumie to kasę wzięli za asystowanie, a nie własną pracę i pomyślunek.
Piszę to bardziej dla siebie niż chcę się poużalać przed innymi, z natury optymistką jestem i za chwilkę zapomnę jak ciężko mi było, a tak siądę sobie kiedyś przy komputerze i poczytam, powspominam, pogłaszczę sama siebie po główce ;)
Niewiele robótkuję, tzn. staram się prawie co dzień zrobić choć parę ściegów, żeby się oderwać od rzeczywistości, ale chwalić się nie mam czym. Wróciłam do obrusa hardangerowego, skończyłam kolejne okrążenie i powoli zmierzam do najtrudniejszego, czyli koronkowego brzegu, ale jeszcze wiele wieczorów zejdzie zanim za ten brzeg się zabiorę. Zastanawiam się co pierwsze zostanie ukończone remont czy mój obrus i chyba haft ma większą szansę ;)
W domu nie dam rady teraz nic robić, bo zimno, a przenieść wszystkich moich skarbów też się nie da. Ileż ja tego dobra zgromadziłam [łapiesięzagłowę], nawet nie wiedziałam, że tyle tego wszystkiego mam, a ciągle potrzebuję więcej :))))
Kartki ślubne zrobione jeszcze kiedy cieplej było, sierpniowo-wrześniowe.
Ta wielowarstwowa, z sercem jak odwrotna aplikacja w patchworku ;)
a ta to dość popularna
z zagiętym rogiem.
środa, 5 października 2011
Proszę o pomoc
Potrzebuję schematu, który co prawda posiadam, ale nie dam rady przenieść go z jednego komputera na drugi, ponoć jakaś zaraza pendrivowa się zalęgła na moim starym komputerku. W tej chwili nikt nie ma głowy żeby nim się zająć.
Poproszono mnie o schemat i już mi wstyd, bo sama bym nie wierzyła w dobre chęci, gdyby ktoś tak długo zwlekał z jego wysłaniem zwalając przy tym na komputer, który działa, ale nie chce oddać wzoru :)
Wysłałam mnóstwo schematów tej serwetki różnym osobom i teraz proszę o odesłanie mi tylko jednego na maila ;) lub wskazanie miejsca gdzie go można spotkać, wtedy będę mogła przekazać go dalej. Próbowałam poszukać wzorów w sieci, jednak tam gdzie znalazłam chcą hasła, a na dłuższe wertowanie nie mam czasu, dlatego jeszcze raz bardzo proszę o wzorek do serwetki Permin of Copenhagen- Hardanger Collection 10-5702 czyli tej
Schemat jest już u mnie i to nawet z moim komentarzem wysłanym kiedyś do Woalki, czyli dosłownie został odesłany :)
Dzięki !!!
czwartek, 29 września 2011
Żeby nie zwariować
Nieczęsto, ale jednak odwiedzam obserwowane blogi i trochę mi żal, że nie mam możliwości porobótkować tak na 100%.
Powstaje tyle pięknych rzeczy, zarażacie się nawzajem nowymi pomysłami, tęsknię za tym :( Żeby całkiem nie wypaść z gry i nie zwariować, coś tam dłubię. Powyciągałam z pudeł zaczęte prace, poukładałam je w różnych zakamarkach obu domków i w wolnej chwili udaję, że robótkuję. Udaję, bo czasami udaje mi się zrobić dosłownie tylko kilka ściegów, ale dobre i tyle.
Właśnie teraz, kiedy jestem ograniczona miejscem i czasem, pojawiło się kilka ciekawych, papierowych zamówień. Staram się je zrealizować. Te powstały tuż przed armagedonem w domu, nie zdążyłam jednak ich pokazać.

Kartka na chrzest dziewczynki o niezwykłym imieniu Lia.
Kartka wzorowana na wielu podobnych, trudno by mi było wskazać pomysłodawcę.
Pudełko z okazji narodzin chłopca kleiłam bardzo długo. Powstało pod wpływem mojej sąsiadki, która w tym wypadku była bardzo zrzędliwa i nieustępliwa oraz pudła ślubnego wykonanego dla mojej siostry. Tamto pudło z braku innych papierków miało takie dziecięce kolory i ciągle kołatał mi się w głowie pomysł na zrobienie czegoś w tym stylu.
Te elementy zrobiłam prawie jednocześnie z kartką na chrzest, długo jednak czekały aż poskładałam je w całość.
Pudełeczko nie ma jeszcze właściciela, imię Jasiek jest przypadkowe i można je w każdej chwili zmienić na inne lub inny napis, w planach jest pudełeczko Małgosia.
poniedziałek, 26 września 2011
Na chwilkę...
Minął miesiąc od ostatniego wpisu, więc choć dwa słowa.
Jakoś sobie radzę, były chwile kryzysu, takie fizyczne zmęczenie, kiedy wydawało się, że już nie wstanę, nie zrobię ani kroku. Przychodziło to nie w momencie najcięższych prac, ale już po. Moi panowie zajmowali się poważnymi sprawami, a ja drobnicą, czyli musiałam opróżnić wszystkie szafy, szafki, zakamarki, popakować to wszystko, znaleźć tymczasowe miejsce, a oni meble i pudła przenosili w 5 minut i wołali szybciej, szybciej. Lżejsze pudła nosiłam sama, a potem musiałam część rozpakować, poprać, poukładać i chyba to tempo mnie wykończyło. Jednego dnia weszłam i zeszłam na 2 piętro ok.30 razy. Na szczęście mama i ciocia Leosia miały kilka dni wolnego i mogłam zająć się tylko swoimi sprawami.
Teraz jestem w znacznie lepszej kondycji, niestety nie ogarniam czasoprzestrzeni :) Kiedy jestem w jednym domu to nie mogę zrobić tego co zostało w drugim i na odwrót. Udało mi się trochę zapanować na logistyką, ale zdarzają się puste przebiegi ;) kiedy trzeba wrócić po coś do drugiego domu.
Najbardziej daje mi się we znaki brak łazienki, rano, kiedy trzeba się ubrać i przejść do drugiego domu żeby się umyć, no i poranne bieganie do toalety do zakładu męża. Robi się też coraz zimniej w nocy, a my nadal nie mamy podłączonego pieca c.o.
Nie wiem czy do końca tego roku będę miała kuchnię i łazienkę w domu, zależeć to będzie od pewnych okoliczności niezależnych od nas, ale się staramy. Mąż z synami ciężko pracują, jednak efektów wizualnych na razie brak, przynajmniej dla osób postronnych. Tylko my wiemy ile piasku oni przewalili, ile betonu wylali, ile belek pocięli i zamocowali, ale może ten tydzień przyniesie wreszcie widoczne zmiany, wszystko przygotowane, czekamy na fachowców.
Pisałam to dwa tygodnie temu, ale wcięło mi post, a mój wolny czas się skończył, dziś odkryłam go w kopiach roboczych, więc publikuję.
Przyszłam z zamiarem pokazania kilku zdjęć, specjalnie je wczoraj skopiowałam na pendriva, a tu przykra niespodzianka pendrak zastrajkował . Taki cały tydzień miałam, czego nie tknęłam to się sypało, psuło, łamało:(ale były też dobre chwile, a ja się nie poddaję.
godz.19.10.
To nie pendrak, coś się porobiło z komputerem, dawno się już porobiło, ale dotąd jakoś działał, a teraz chyba przeprowadzka mu zaszkodziła. Rafał przeinstalował na linuksa i dopiero dał radę zgrać zdjęcia.
Uwaga, oto nasza demolka.
1. Nasz pokój po wyniesieniu mebli i demontażu półek, a w zasadzie to nie cały pokój tylko mój kącik.
2. Rafał nie mógł darować sobie rozpoczęcia dewastacji.
3. Bez podpisu, wszystko jasne.
4. Adam i Maciejek rozwalają ściankę między kuchnią a naszym pokojem, za plecami Maćka widać kawałek pieca i komin, komin zostaje.
5. Tak wyglądało po zerwaniu podłóg, ale przed wybieraniem piasku.
6. Widok ze starej kuchni (ujęcie z tego samego miejsca co na zdj.4) już po zrobieniu wylewek i rozebraniu pieca.
Na zdjęciach nie zmieściła się stara łazienka tzn. miejsce po niej, znajdowała się za tym piecem co już go nie ma. W tej chwili ta część domu jest jedną niczym nie ograniczoną przestrzenią z kominem na środku i dziurą na schody w rogu sufitu. W sobotę zostały wstawione nowe 2 okna i zagłuszone miejsce po trzecim, bo dotąd było ich 3 na tej przestrzeni. Jutro ma przyjść murarz i zrobić ściankę oddzielającą kuchnię od łazienki. Kuchnia i łazienka będą na tych samych miejscach co dotąd, ale ich powierzchnia trochę się zwiększy i zostaną wprowadzone pewne udogodnienia. Resztę pokażę jak będą widoczne zmiany. Obrobię jeszcze zdjęcia góry i tu wrzucę, tam już od biedy można mieszkać, choć znajomy od gipsowania i malowania ścian się spóźnia. W tym wypadku ładna pogoda działa na naszą niekorzyść, bo u nas miał robić po godzinach, a ma nadgodziny w firmie:(
Mamy jeszcze jeden kłopot, poważny, dziś odwiedziła nas policja, ale to na oddzielny wpis.
sobota, 13 sierpnia 2011
Domowy front
Napisałam post tydzień temu, ale coś mi go zeżarło przed opublikowaniem :( a drugi raz pisać już nie miałam kiedy. Może to i dobrze, bo wpis taki jak część domu, ciemny i ponury. Dziś jest zdecydowanie lepiej.
Powoli oswajam nową sytuację, już nie gubię się w blokowej kuchni, w miarę zapanowałam nad przedmiotami w naszej nowej, tymczasowej sypialni, mniej biegam po schodach. Ciągle jeszcze zdarza się, że aby coś ugotować, albo przeprać trzeba z bloku przejść się do domku i z powrotem, jednak coraz rzadziej. Poprzednie dwa tygodnie spędziłam praktycznie na schodach i odczuwałam to każdym mięśniem i każdą kosteczką.
W domu najgorzej wyglądała podłoga, a właściwie to co było pod nią- piach, no i zapach starego domu. Tego zapachu nigdy wcześniej u nas nie było, pojawił się dopiero po zerwaniu tapet i obić belek oraz podłogi. Intensywne wietrzenie utrudniają komary, dotąd nie było ich aż tyle jak w ostatnich tygodniach. W części gdzie nie ma remontu porozkładałam lawendę i inne woreczki zapachowe, choć nie lubię sztucznych aromatów to czuję się zdecydowanie lepiej, ja się czuję, bo moi faceci twierdzą, że przesadzam z tym smrodem ;)
Wczoraj mąż z synami wylał pierwszą warstwę betonu pod przyszłą podłogę, zaczyna wyglądać lepiej. Poinformował mnie też, że będę miała płytki ceramiczne w części kuchennej, bo tak mu wyszło z obliczeń, a wcześniej planował deski na całej powierzchni. Uwielbiam drewnianą podłogę, ale w kuchni chciałam mieć coś trwalszego, może jeszcze uda mi się namówić męża na płytki w korytarzu :)
Przyjęłam nową taktykę, kłócę się, krzyczę, a za chwilę z uśmiechem podaję obiad i napomykam, że mimo wszystko zdania nie zmieniłam i po moim trupie... Zobaczymy czy trup słać się będzie gęsto i po czyjej stronie. Jedno wywalczyłam, górę szpachlować i gipsować będzie brat mojej bratowej, a nie kolejny męża kolega z piaskownicy, któremu od rana trzeba kupować piwo i nie wolno zwracać uwagi na niedociągnięcia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































