sobota, 16 marca 2013

I co, życie straciło sens ?


   Tak mój pierworodny skomentował wiekopomną chwilę, kiedy oznajmiłam synkom, że skończyłam swoją  wymarzoną, długodystansową serwetę Remember When. Stało się to w ubiegłą sobotę, 9 marca 2013 roku tuż przed 20,00 . Kiedy zaczęłam ją haftować nie będę przypominać, niektórzy i tak pamiętają ;)












Fotki zrobiłam w zaprzyjaźnionym domu, bo chwilowo nie dysponuję odpowiednim stołem w odpowiednim oświetleniu.


   Zdjęcie tej serwety znalazłam przypadkiem w internecie dawno, dawno temu. Prawie 2 lata szukałam schematu, a kiedy podesłała mi go Sandra, sympatyczna Brazylijka, okazało się, że łatwo nie będzie. Wzór pochodzi z japońskiej książki Elegant Hardanger Feeling,  zdjęcia były niewielkie, opisy po japońsku. 


   Odszyfrowałam jedynie kolory nici i wielkość, ale i tak zaczęłam haft. Niektóre fragmenty rysowałam na papierze w kratkę, bo nie byłam w stanie policzyć nitek. 
   Kto nie miał nic wspólnego z hardangerem czy jakimkolwiek hafem liczonym, pewnie nie wie, ale ściegi muszą zajmować odpowiednią ilość nitek tkaniny, liczy się co do niteczki. To wcale nie jest trudne, jednak trzeba mieć dokładnie rozrysowany schemat. I wtedy namierzyłam gdzie można kupić oryginalną książkę. Dzięki pomocy Beaty udało mi się ją zamówić z Japonii poprzez pewną księgarnię w Paryżu. Na niewiele mi się to zdało, bo oryginalne schematy niczym się nie różniły od skanów, na szczęście  z pomocą przyszła Yenulka i jej koledzy z pracy. Coś tam podrasowali i najtrudniejszy fragment okazał się czytelny :)



 








   Haftowałam w dość dziwnej kolejności, niewyraźny środek zostawiłam na koniec, kończyłam go już po wycięciu brzegów. Wykonałam wszystkie ściegi, nie opuściłam ani jednego. Mogło się natomiast zdarzyć, że źle odszyfrowałam schemat i ścieg jest odrobinę inny niż w oryginale.


   Serweta ma ok 125 x 125 cm, Haftowałam na Unifilu 25 ct  DMC ecru, zużyłam ok 18 motków nici Cotton Perle DMC w obu grubościach #5 i #8 oraz ok. 15 motków muliny DMC. Kolory nici to : nici perłowe  712, 644, 642,  mulina 712, 644, 642,640, 356, 758.



  Dlaczego piszę serweta, a nie obrus, bo po przeczytaniu postu Bietas, osobiście sprawdziłam w  Wikipedii - serweta , obrus.  Moja Remember When to zdecydowanie serweta :)

    

   Obiecałam Yenulce i Madziuli, że będę robić notatki i zdjęcia z postępów pracy, słowa dotrzymałam. Mam zamiar przygotować trochę dokładniejszych informacji o poszczególnych ściegach i umieścić je na  Hardangerowych fascynacjach, ale najpierw dokończę przenoszenie tam kursu wykonania samplera Hardanger Bands.

                     Po raz pierwszy robiłam koronkowy brzeg.




   Haftowałam go jednocześnie 2 nitkami, tak jak jest to na opisie w książce. Jeśli ktoś potrzebuje dodatkowych objaśnień chętnie pomogę. 
    
   Bałam się tego brzegu, a okazał się nie taki straszny, wycina się go dużo łatwiej i szybciej niż wykończony ściegiem dzierganym. W planach mam firankę hardangerową do kuchennego okna, dawno temu samodzielnie wymyśloną i narysowaną. Wykańczając serwetę postanowiłam zmienić w niej brzeg na koronkowy.


Moje życie nabrało nowego sensu :))) 




Dopisano 18 marca 2013 .
 
   Skoro niektórzy mają zdumiewająco dobrą pamięć ;) to ujawnię początek - było to 13 kwietnia w piątek 2007 roku. 6 lat, ale tak naprawdę można to było zrobić w rok, ja rozkoszowałam się tym haftem i nudziłam, a wtedy robiłam wiele innych rzeczy.



czwartek, 14 marca 2013

Ludzie mówią : Idzie Wiosna


   Za każdym razem kiedy usłyszę te słowa atakuje zima, dlatego zakazałam w swoim otoczeniu je wymawiać, ale mam już dość zimy! Dość odśnieżania chodnika i podwórka ! Choć tak naprawdę wolę zimę od upalnego lata, ale cicho sza, wiosna nie może się o tym dowiedzieć, bo tęsknię za zielenią.

   Dziś za oknem cudowny zimowy dzień, słońce, mnóstwo świeżego śniegu, lekki mróz....mam nadzieję, że to już ostatni taki i zima się tym pięknym widokiem żegna się z nami. W każdym razie ja się postanowiłam z nią pożegnać biorąc udział w kolejnym wyzwaniu ArtGrupy ATC. Marcowy temat Dekolandii potraktowałam tak



  Zieleń- to był kolor przewodni wyzwania, żółte żonkile i kartka z kalendarza, żeby wiosna nie zapomniała o swoich obowiązkach.

czwartek, 21 lutego 2013

Korzystaj z uroków zimy


    Lutowe ATC ArtGrupy  pt. "Zabawy i sporty zimowe" to domena Carmen. Miało być warstwowo i z dystansem, co zrozumiałam dwuznacznie ;) Mam nadzieję, że nie przekroczyłam granic dobrego smaku. Na wszelki wypadek pierwsze zdjęcie ocenzurowałam, a kolejnego nie musicie oglądać.











                                                        Warstwy i dystanse.




   Wybrałam kilka fotek sportów zimowych, kiedy miałam już zaplanowaną karteczkę, zajrzałam do ArtGrupy i okazało się, że prawie wszystkie tam zaprezentowane są w klimatach vintage. Coś mnie podkusiło, żeby zrobić inaczej, mniej kanciastych kształtów, a całość miała być bardziej nowoczesna. I wyszło co wyszło.


niedziela, 3 lutego 2013

Dawno, dawno temu


    Niedługo rok minie jak wysupłałam secik biżuteryjny na specjalne zamówienie byłej sąsiadki, ale nadal przyjaciółki domu.To był prezent na urodziny jej córki, która mego pierworodnego, w czasach ich wczesnego dzieciństwa,  traktowała jak młodszego brata. Czas to nie był dobry na tego typu robótki, czekaliśmy na złowieszczą diagnozę, ale do pracy przyłożyłam się jak potrafiłam najlepiej.





    Czarna Aida 20, zwykłe szklane koraliki, chciałam pokazać ten komplecik ze względu na sposób wykonania,  ja nie lubię łatwizny ;) Może będziecie się śmiać, ale żeby umieścić koraliki,  w pewnym miejscu, musiałam odwijać całą nitkę z czółenka, przewlekać ją przez koralik, a potem znowu nawijać na czółenko. Znacie prostszy sposób bez odcinania nitki?



    Zrobiłam najpierw prototypy owalnego i trójkątnego elementu, zmierzyłam ilość Aidy zużytej do ich wykonania, żeby niepotrzebnie nie przewijać kilometrów nici. Jak to mówią robota lubi głupich;)


    Bardzo mi się podoba ten wzór. Znalazłam  kiedyś w sieci zdjęcie naszyjnika, nie potrafię teraz powiedzieć gdzie, ale jeśli ktoś zgłosi do niego swoje prawa autorskie to je uznam ;) Wzór trochę dostosowałam do własnych potrzeb i możliwości.

Zdjęcia fatalne, ale zrobiłam je przy złej pogodzie, tuż przed oddaniem, żeby mieć dokumentację;)


    Wczoraj odbyło się comiesięczne białostockie spotkanie robótkowe, w którym i ja  uczestniczyłam. 
Zostałam też wreszcie uhonorowana pierścieniem Madziuli, znakiem rozpoznawczym bywalczyń tych spotkań. Odnoszę miłe wrażenie, że te sobotnie popołudnia zmieniają się tylko z prezentacji naszych dokonań na polu robótek ręcznych, w wymianę doświadczeń, porad, przepisów kulinarnych, lektur i nauki nowych technik. Robi się takie kółko gospodyń.... nie!!! To nie są kury domowe, to światowe dziewczyny, w różnym wieku, potrzebujące czegoś więcej poza zwyczajnym życiem.

    Dziękuję Wam za to, że byłyście ze mną nawet wtedy kiedy mnie na spotkaniach nie było.

wtorek, 22 stycznia 2013

ATC - coś małego na dobry początek...


       ...ale z myślą o kontynuacji.

   Tylnymi drzwiami, trochę na siłę wkręciłam się do świetnej zabawy. 
                                                     ArtGrupa ATC 


proponuje ciekawe, małe formy w  dowolnej technice wykonywane na zadany temat, a do tego jeszcze losowa ich wymiana, czyli wszystko to co tygrysy lubią najbardziej.             
    Zainteresowani mogą dowiedzieć się o szczegółach pod wskazanym powyżej adresem. Można dołączyć w każdej chwili, blog jest otwarty dla wszystkich.

   Wspaniałe uczestniczki, chęć posiadania czegoś stworzonego przez mistrzynie scrapu i mały format były decydującym motywem przystąpienia do projektu.
   Dominują karty scrapkowe, dlatego postanowiłam się wyłamać i swoją pierwszą kartę ATC wykonałam w technikach łączonych: papierowo- frywolitkowej. Tak naprawdę to pomysł na wykonanie dokładnie tego wzoru wpadł mi już jakiś czas temu, kiedy dotarł do mnie zakupiony w Galerii Papieru zestaw Wielki Błękit, ale taki pomysł miałaby chyba każda frywoląca.



  Mroźny i zimny styczeń to temat Inki - Płatki Śniegu i moja interpretacja.




niedziela, 13 stycznia 2013

Zostaliśmy sami

  
  Wszyscy podsumowują stary rok, robią plany na 2013, a ja boję się przyszłości. Gdybym miała taką moc, rok 2012 usunęłabym ze wszystkich kalendarzy.

  22 grudnia, dwa dni przed Wigilią oraz przed swoimi imieninami i urodzinami zmarł mój mąż. 

  To był rak skóry z komórek Merkla, już z przerzutami. Bardzo rzadko występujący, bardzo agresywny, prawie nieleczalny jak stwierdzili lekarze. Adam nie miał praktycznie żadnych szans w chwili kiedy zgłosił się do lekarza. Wiedzieliśmy o tym , ale po kilku kursach chemii było lepiej. Liczyliśmy na cud, ten się jednak nie zdarzył. Chemia uszkodziła nerki i serce , nie można mu było podać  kolejnego jej kursu, a wtedy nowotwór błyskawicznie zaatakował.

Ciągle nie mogę w to uwierzyć...


sobota, 17 listopada 2012

Ciągnie wilka do lasu

  
  A mnie do robótek, choć okoliczności niesprzyjające. 
Zgodnie z nową, świecką tradycją, przygotowania do świąt zaczęłam już w październiku. Mój pierworodny uważa, że gdyby nie było Halloween i walentynek to bożonarodzeniowe klimaty mielibyśmy cały rok. Ma trochę racji, bo chyba żadne święta nie są takie " udekorowane".
  Zaczęłam od papierków: pocięłam, pogięłam, pokleiłam i sfotografowałam. To ostatnie w wielkim pośpiechu, na wypadek gdyby miały nie wrócić do domu, co też się stało :)













 Napisy powstały dzięki uprzejmości Joli .



Format podobny, kolory trochę też, inny układ.


 Najwięcej czasu zajmuje pierwsza kartka, kolejne klei się szybciej.

 
W innej tonacji, koronkowo- zimowej



i jeszcze takie



Znalazłam jeszcze dwie ubiegłoroczne frywolitki, nakleiłam je na papiery z nowej kolekcji.


Na tyle wystarczyło mi cierpliwości, ale mam zamiar popełnić jeszcze kilka.




wtorek, 23 października 2012

Co jesienią poprawia mi nastrój


Dynie. 
  Nie wiem co mają w sobie takiego, ale patrząc na nie zawsze się uśmiecham. Od paru ostatnich lat nie sadzę ich w swoim ogrodzie, bo prawie nic nie sadzę, ale  hodowałam je z wielką przyjemnością i kiedyś do tego wrócę. Zawsze jesienią staram się  mieć je w domu.





  Tegoroczne pochodzą z pobliskiego ryneczku, a ta poniżej była długo wyszukiwana w ogrodzie mamy, pozostałe nie mieściły się w bagażniku. Ta była jedyna, która dała się tam zapakować, pewnie dlatego, że rosła w cieniu, na uboczu i jeszcze nie dorosła;)


Nad zlewem w kuchni mam jeszcze jedną, trochę  osładza mi poremontowy krajobraz za oknem.



  Nie zapisałam się do Klubu Zadyniowanych, ale jestem ich fanką, jeśli chcecie nacieszyć oczy zajrzyjcie tutaj:




wtorek, 25 września 2012

A świat nie zatrzymał się nawet na chwilkę


   Zepsuło nam się wszystko, co tylko mogło się zepsuć. Nagła choroba męża uruchomiła lawinę. 
  Prawdę mówiąc, choroba nie była nagła, tylko  nagle i ostro nam się objawiła. Rozwijała się długo i dawała o sobie znać, ale jaki facet przejmuje się takimi drobiazgami, dopiero kiedy okazało się, że już gorzej być nie może....

  Nie wiem jak przetrwaliśmy te kilka miesięcy: bezsenne noce, napady paniki w najbardziej nieodpowiednich momentach, długie oczekiwania na wyniki i rozpacz, złość, bezradność. Mój świat stanął w miejscu. Unikałam sąsiadów, znajomych, Was też, długo nie potrafiłam o tym rozmawiać. Nie byliśmy przygotowani, chyba nikt nigdy się nie jest na coś takiego przygotowany, ale nam doszedł jeszcze ten nieszczęsny remont i kłopoty firmowe, o których niewiele dotąd wiedziałam i wiele innych.

Przetrwaliśmy! 

  Pomogła moja rodzina i wsparcie kilku przyjaciół, a nawet zupełnie obcych ludzi.  Byli też tacy, bardzo bliscy, którzy zawiedli, teraz już mniej bliscy.

  Udało nam się bardzo szybko podjąć decyzję i sprzedać mieszkanie w bloku, zrobić kuchnię, łazienkę i  pokój Maćka. Może nie wszystko tak jak marzyłam, ale  wróciliśmy już do domku. Ciągle jeszcze na tobołach, z materiałami budowlanymi tuż obok, śladami gipsu, prowizorką. Powoli jednak będziemy się urządzać i kończyć remont.

  Mąż w tej chwili ma się lepiej. Nie wiem co będzie dalej, boję się wybiegać myślami w przyszłość.

  Tylko mi nie piszcie, że co cię nie zabije to wzmocni, bo choć nie zabije to paskudnie poharata i blizny zostawi, na ciele i duszy, widoczne.








niedziela, 15 kwietnia 2012

Poświąteczne czystki


  Lodówka już wróciła do stanu dnia codziennego, resztki zostały wyjedzone przez nas, bezdomne koty i ptaki, czyli nic się nie zmarnowało. Zostały jeszcze niezagospodarowane zdjęcia kartek. W roli głównej jaja. Wygrzebane w zbiorach The Graphics Fairy , a wydrukowane dzięki uprzejmości de ART.















   Kartki warstwowe, poszarpane, postarzone z szarą, podkolorowaną tekturą falistą-  bardzo mi się podoba ten element, podejrzany u moich ulubionych scraperek



 i elementami 3D.





Niewiele ich powstało, tylko na własne potrzeby.



Przed świętami udało mi się dokończyć kilka zaległych drobiazgów


niektóre wystarczyło jedynie zszyć, inne powstały od podstaw, jak ten różany secik.


  Zmiany wyglądu bloga dokonały, co prawda, moje własne ręce, ale świadomość miałam wtedy wyłączoną. Stało się to w krytycznym momencie, kiedy coś nam zabrało google i do swego konta dostawałam się okrężną drogą. W akcie desperacji kliknęłam nie to co powinnam, pobiegłam dalej i już nie mogłam wrócić do poprzedniego stanu. Może kiedyś, jeśli będę miała trochę czasu i samozaparcia coś z tym zrobię.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...