czwartek, 30 lipca 2009

Candy , candy, candy....

Nie wiadomo jeszcze co będzie w candy, ale oglądając piękne rzeczy wychodzące spod rączek Ani z Zielonego Wzgórza warto zaryzykować :)

U Juunki natomiast wszystko jasne , więc tym bardziej warto.

środa, 29 lipca 2009

Trochę lata na zimę


Zalałam wiśnie miejscowym specjałem ;) Teraz pozostało już tylko czekać, co jest chyba najtrudniejsze.

Przypadkiem przeczytałam, że tylko kraje słowiańskie rozróżniają wiśnię i czereśnię, reszta świata traktuje je jako jeden gatunek, nazywając jedynie czereśnię słodką wiśnią- sweet cherry np.



Nalew przygotowuję w ten sposób:
- dryluję wiśnie, wsypuję do słoi, dodaję cukier i czekam kilka godzin aż cukier się rozpuści a wiśnie puszczą sok. Wtedy zalewam wódką.
Nie trzymam owoców zasypanych cukrem kilka dni na słońcu, jak robią to niektórzy, bo szybko fermentują i podobno jest to niewłaściwy sposób pozyskiwania soku.
Ilość cukru jest bardzo umowna, na dwa słoje 3 i 1,5 litra wsypałam 1 kg, ale w trakcie zlewania zazwyczaj dodaję syrop ugotowany z odrobiny wody i cukru, wg uznania. Tzn próbuję aż uznam, że jest ok. To jest moja ulubiona faza przygotowywania nalewek :))))
Nalewki filtruję przez papierowe filtry do kawy, choć zajmuje to sporo czasu to są bardzo klarowne, a można to robić sukcesywnie w miarę potrzeb.

Do mniejszego słoja wrzuciłam korzenie, bo dobrze się komponują z wiśniówką. Wskazane jest dodać kilka pestek, ja ich nie usuwam podczas drylowania, moja machina robi to trochę niechlujnie i do innych przetworów muszę dokładnie sprawdzić i wybierać pozostawione.


Słoje umieściłam w najciemniejszym miejscu, u Rafała pod biurkiem. Odkąd zostałam pozbawiona spiżarni, mam kłopot z przetrzymywaniem wielu rzeczy a nalewek szczególnie. W ubiegłym roku nieopatrznie postawiłam je w szafce w zakładzie męża, miejsce wydawało się dobre- zaciszne, ciemne i chłodne. Kiedy nadszedł czas zlewania, okazało się, że mąż z sąsiadem regularnie próbowali czy nic złego nie dzieje się z napitkiem, dbali aby poziom pozostał taki sam i dolewali wódeczki. Owoce przestały całą zimę w słojach podlewane czystą, panowie twierdzą, że wcale im nie szkodziło takie uzupełnianie płynów, oni są zadowoleni i nie mają nic przeciwko temu, żeby w tym sezonie to powtórzyć. Mam nadzieję uchronić tegoroczną nalewkę przed ich zakusami.

Czas też na suszenie ziół, otarłam majeranek z pierwszego zbioru i ścięłam po raz drugi. Wyschło też oregano, ale jeszcze nie upchałam go do słoika, bazylia tegoroczna dość marna, jednak coś tam przygotuję na zimę.


Całkiem przyjemnie byłoby w ogródku gdyby nie te komary, ten rok należy zdecydowanie do nich.

piątek, 24 lipca 2009

Nadal w lawendowych klimatach


Wypchałam dwa serducha, ale lawenda znajduje się tylko u góry i dołu, część środkową zajmuje drobniutko pocięta gąbka. Żal mi było ocieplacza z metra, ścinków aktualnie nie posiadam, bo prawie nie szyję.


Z haftami na tym lnie trochę przegięłam, w szmateksie wypatrzyłam męską koszulę z szarego lnu, zafascynował mnie kolor, naprawdę szary a nie beżowoszary jak tkaniny do haftu, więc ją nabyłam, wyprałam i ..... wycinam po kawałku. Koszula ma jeszcze fajne guziki, które też wykorzystam, ale co mnie podkusiło haftować na tym. Madziula zapytała jak to robię, odpowiedziałam, że intuicyjnie i to chyba najtrafniejsze określenie. Len jest drobniejszy niż obrazkowy 32 ct, znoszony i sprany, więc pojedyncze nitki są trudno rozpoznawalne, ale kiedy się zrobi kilka xxx w odpowiednim kolorze ( za jasne lub za ciemne się nie sprawdzają ) to potem właśnie intuicyjnie wbijam igłę w odpowiednie miejsce. Praca prawie jak kopciuszkowe wybieranie maku :))) ale okrutnie mi się takie hafciki podobają.
Drugi haft był przeznaczony na kartkę imieninową dla pewnej Anny, dołożyłam jeszcze kilka pachnących lawendą drobiazgów i wysłałam.



Wiele złego już pisałyśmy o działaniu naszej poczty, ja mam jej za złe tylko jedną zagubioną przesyłkę (z terminami różnie bywało). Zdarzyło się to już dość dawno, ale ciągle czuję niesmak, bo adresatka zapłaciła mi za zakupy, a one do niej nie dotarły. Tym razem PP znowu sprawiła mi zawód ;) Paczuszkę wysłałam we wtorek wczesnym popołudniem, zwykłą, po raz pierwszy jednak jako wartościową- jakąś tam niewielką sumę wpisałam. Wykombinowałam, że przed weekendem dojdzie, czyli w sam raz na imieniny, a tu już w środę wieczorem Ania uściski i buziaki mi na gg śle. W pierwszej chwili pomyślałam, że czegoś potrzebuje :) a to PP się pośpieszyła, jedyna korzyść to taka, że solenizantka lawendową pałeczkę dostała świeżą i pachnącą.

Mój Maciejek w niedzielę pojechał na obóz harcerski do Zarzecza k/ Żywca i już pierwszego dnia złapał kleszcza. Zdarzało się, że przynosił je do domu z tych swoich leśnych eskapad, ale nigdy żaden nie wbił mu się w ciało. Podobno szybko się zorientował, zaraz mu usunęli, nie ma żadnego obrzęku ani zaczerwienienia, ale i tak się martwię. Jak zawsze zresztą, kiedy się wybiera z kumplami na te swoje biwaki, nocowania w lesie czy zwykłe zbiórki, jakby nie mógł do normalnej drużyny harcerskiej wstąpić, tylko jakiejś paramilitarnej musiał i jeszcze ten cały sprzęt i umundurowanie w domu.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Lawendowo


Moja tegoroczna lawenda kwitła obficie , ale dość późno, a kwiaty były raczej wątłe. Wykorzystałam jednak każdy nawet najdrobniejszy.


Tuż obok lawendowego zagonka posadziłam cukinię, bo bardzo lubię faszerowaną mięsem, w sprzedaży jest zazwyczaj stara i przerośnięta. Ciągle się dziwię dlaczego nawet moja bratowa, choć cukinii u niej zatrzęsienie, zrywa kiedy ta osiągnie monstrualne rozmiary, a taka młodziutka jest pyszna nawet na surowo. Wiele razy z nią o tym rozmawiałam, ale jakoś bez rezultatu i tak nie są w stanie zjeść wszystkiego, część się wyrzuca.
Przypomniała mi się moja babcia. Zawsze krzyczała ( no z tym krzyczała to przesadziłam, babcia nigdy nie podnosiła na nas głosu) kiedy objadałam się małymi ogórkami prosto z krzaczka. Bała się, że zabraknie do zakiszenia na zimę, a potem leżały takie dorodne nasienniki, żółte, olbrzymie i nikomu niepotrzebne. Babcia nie kupowała nasion, suszyła z tych ogórków sama, ale i tak zostawało mnóstwo niezjedzonych i nieprzetworzonych warzyw, a babci nie dało się wytłumaczyć, że młode ogóreczki są najlepsze do słoików i pochrupania. Mama i bratowa już nie hodują olbrzymów, przetwarzają malutkie, a ogórków jakoś wszystkim wystarcza, tylko z tą cukinią zachowują się całkiem jak babcia :)
U mnie cukinia wyrosła jak dotąd tylko jedna- trochę ją ślimaki objadły, ma takie piękne i duże kwiaty, szkoda że to kwiaty jednego poranka.

Miało być lawendowo, ale kiedy przypomniałam o babci i ogórkach to jeszcze i o marchewce. Jak ja lubię taką malutką jak mysie ogonki, świeżo wyciągniętą z zagonka, ledwo opłukaną. Nawet teraz jak odwiedzam rodzinny dom to biegnę do warzywniaka po młodziutką marchewkę i malutkie ogórki. Bratowa te moje odwiedziny między grządkami traktuje jak inspekcję :)))) a ja naprawdę wolę warzywniakiem się pozachwycać niż jej pięknymi kwiatami.


Teraz to już tylko o lawendzie;)
Zbierałam ją systematycznie, w miarę jak rozkwitała, cześć suszyłam w pęczkach, cześć w formie pałeczek/szyszeczek, które można powiesić w szafie lub w miejscu gdzie jest ruch powietrza, wtedy jej zapach rozchodzi się po całym domu. Takie lawendowe plecionki widziałam parę lat temu u Mirki, dostałam też od niej instrukcję, ale się nie składało. W tym roku uplotłam kilka, jeszcze trochę nieporadne, ale jak pachną.


Zaletą takich szyszek jest to, że kwiaty nie obsypują się w trakcie suszenia, są zamknięte wewnątrz.
Bywając tu i tam, podejrzałam co inni przygotowali lawendowego i zaplanowałam jeszcze parę drobiazgów, zaczęłam od haftów.



Lawenda się suszy, mam więc czas na ich zagospodarowanie.

Jolinka rozdaje serca

Na blogu u Jolinki można zdobyć piękne serce, kto nie wierzy niech sam sprawdzi :)

sobota, 18 lipca 2009

Na jagody


Sama nie zbierałam, córka sąsiadki mieszka w pobliżu jagodnika i dorabia sprzedając jagody. Korzystam z tego od wielu lat, bo owoce są świeże, czyściutkie i tańsze niż na bazarach. W tym roku raz zostałam przez nią obdarowana porcją w sam raz na pierogi i deser, a potem zamówiłam 5 kg na przetwory.


Najpierw zrobiliśmy jagodowego shake'a, w tym do perfekcji doszedł Maciek, w odpowiednich proporcjach miesza owoce, lody i mleko, ja już tylko delektuję się deserem i ........ zmywam ;)


Pozazdrościłam blogowym koleżankom pięknie opakowanych konfitur, marmolad i dżemów i spreparowałam własne etykiety oraz ' kapelusiki' na słoiki. Do produkcji etykiet wykorzystałam wspaniałe narzędzie komputerowe jakim jest Rafał. Moja jest tylko ogólna koncepcja, wyszukiwanie nazw owoców w jakiś kosmicznych językach to jego pomysł, a jak się przy tym dobrze bawił, jeśli ktoś się nimi posługuje i zauważy błędy proszę o kontakt :))))


Kapelusiki uszyłam z grubego lnu tkanego ręcznie przez moją babcię, mam jeszcze odrobinę tego materiału powstałego ok. pół wieku temu. Pamiętam też jak takie płótno powstawało, a u rodziców zachowały się pewnie niektóre narzędzia do obróbki lnu.
Nie wszystkie słoiki dostały nakrycie głowy, bo w tym roku nie wiem gdzie je będę przechowywać, w tej chwili stoją w starym kredensie w garażu, zimą jednak tam zamarzną. Mam małą piwniczkę pod kuchnią, ale na skutek prac remontowych mąż zakazał jej używania, kuchnia lada dzień też ma zostać zdemolowania. Kapelusiki będą więc zakładane tylko tym słoikom, które znajdą się w domu.

Etykiety uzupełniłam na konfiturach z truskawek i mam nadzieję, że pojawią się na kolejnych przetworach, choć ze względu na remont będzie tego niewiele.


niedziela, 12 lipca 2009

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...